Andrzej Wierzbicki należy do najwybitniejszych mężów stanu II Rzeczypospolitej i
wcześniejszych przełomowych lat odzyskiwania niepodległości przez kraj rozdarty
pomiędzy trzech zaborców. Był jedną z najbardziej znanych postaci tamtych lat.
I był, podobnie jak wszyscy pozostali, których pamięć czcimy w dzień 11 Listopada,
człowiekiem czynu. Odrębność Andrzeja Wierzbickiego polega na tym, że centralnym
polem jego zmagań najpierw o narodową suwerenność, później o zapewnienie państwu
siły niezbędnej do przetrwania był przemysł, polski przemysł, prywatny polski
przemysł, budowany mimo przeszkód stawianych przez zaborców, rujnowany i rabowany
w latach wojny i powstający z popiołów w kraju, w którym wprawdzie powszechnie
kochano ojczyznę i potrafiono nawet dla niej ginąć, ale na ogół nie rozumiano,
że o jej pomyślnym rozwoju zdecyduje ostatecznie prężność przemysłu, że na nic
nie zdadzą się ani zdobycze socjalne, ani niskie ceny, ani wyśrubowane podatki,
jeśli przemysłowi nie pozwoli się żyć, i że rządy, które ulegają demagogii
"obrońców ludu" i w obłąkańczej pasji niwelowania zdrożnych zysków" gotowe są
doprowadzić przemysł na skraj przepaści, w tym samym czasie, gdy na granicach
potężnieją militarne kolosy, igrają z ogniem.
Członek Komitetu Narodowego Polskiego, przewodniczący polskiej Delegacji
Ekonomicznej na konferencję pokojową w Paryżu, był tylko raz, i to krótko,
ministrem i tylko raz kandydatem swej partii na premiera, ale zaliczano go
do najbardziej wpływowych ludzi tamtej epoki. Był przez szereg kadencji posłem
na sejm, ale nie został nigdy partyjnym działaczem. Był narodowym demokratą,
ale po zamachu majowym podjął współprac na polu gospodarczym z ludźmi Józefa
Piłsudskiego i mając do wyboru pozostać opozycyjnym parlamentarzystą bez
możliwości czynnego oddziaływania na bieg spraw bądź zaakceptować porządki
pomajowe i dzięki temu móc nadal reprezentować sfery przemysłowe i
współkształtować politykę gospodarczą Polski, nie wahał się ani chwili:
wybrał to drugie.
Więc nie polityczne układanki w ministerialnych gabinetach i nie międzypartyjne
gry stanowiły żywioł publicznej działalności Andrzeja Wierzbickiego w
niepodległej Rzeczypospolitej. Jego bastionem stały się dwa piętra kamienicy
na rogu Chmielnej i Nowego Światu w Warszawie: siedziba reprezentacji
prywatnej polskiej gospodarki - Centralnego Związku Polskiego Przemysłu,
Górnictwa, Handlu i Finansów. Andrzej Wierzbicki był jej twórcą i liderem
najpierw jako dyrektor naczelny, później również jako prezes zarządu. Gdy
powstała, socjalistyczne pismo "Robotnik", poirytowane zjednoczeniem wszystkich
kapitalistów, porównało ją do biblijnego morskiego potwora Lewiatana. Andrzej
Wierzbicki, zamiast się obrazić, pomyślał, że to w gruncie rzeczy doskonały
koncept - i zmienił przezwisko w nazwę.
Był Lewiatan niewątpliwie jedną z najważniejszych i najbardziej wpływowych
instytucji niepodległej Rzeczypospolitej. Socjalistom i komunistom jawił się
wręcz niekiedy jako centralny ośrodek ówczesnej władzy. Byli przekonani, że
skoro w kraju panuje kapitalizm, a Lewiatan jest główną reprezentacją kapitalistów
i ich interesów, i w dodatku rządy akceptują istniejący ustrój, to znaczy, że
faktycznie Lewiatan pociąga za wszystkie sznurki w państwie, ministrowie zaś
pełnią rolę marionetek. Rzecz jasna, tak nie było. Lewiatan reprezentował
potężną grupę interesów, ale o honorowanie tych interesów, o ich zrozumienie,
o uczynienie z kondycji polskiego przemysłu sprawy narodowej trzeba było
zabiegać w ciężkich zmaganiach, i to na kilku frontach naraz. Andrzej
Wierzbicki bronił tej sprawy w komisjach sejmowych i na plenarnych
posiedzeniach Sejmu, w trakcie narad z premierami i spotkań z ministrami,
w konfrontacji z politykami i z prasą.
Miał przeciw sobie socjalistycznych posłów, dla których właściciele i
menadżerowie prywatnego przedsiębiorstwa to byli po prostu wyzyskiwacze,
a Lewiatan był superkrwiopijcą. Musiał moderować kolejnych ministrów skarbu,
którzy byli na ogół (w szczególności ci sprzed zamachu majowego) ludźmi
wielkiego formatu i, zdawało się, wiele rozumieli, ale pod naciskiem
opinii publicznej zawsze w końcu budziły się w nich skłonności, by
traktować przemysł jako dojną krowę podatkową. Przychodziło mu edukować
ludzi minionej epoki, którzy tak ukochali polskie kresy, polskie krajobrazy,
łany polskiej pszenicy, że ich marzeniem było, aby Polska pozostała
po wsze czasy krajem rolniczym. W latach trzydziestych do grona
najzajadlejszych wrogów przemysłu dołączyli publicyści Obozu
Narodowo-Radykalnego, którzy pod hasłami jakby żywcem wyjętymi z
marksistowskich broszurek rozpętali agresywną kampanię przeciw
ustrojowi wolnej przedsiębiorczości, "światowej finansjerze" i
polskim klasom posiadającym.
Andrzej Wierzbicki nie był doktrynerem. Ale był ideologiem,
zdecydowanym zwolennikiem i krzewicielem idei liberalizmu
gospodarczego, wolnej konkurencji, ograniczenia ingerencji
państwa. Zmagania z etatyzmem stanowiły - obok walki o nadanie
przemysłowi rangi sprawy narodowej - drugi główny wątek jego
publicznych wystąpień. Ośmieszał rządowe plany budowy przemysłu
państwowego w dziedzinach, w których działały już i doskonale
sobie radziły z zamówieniami znakomite firmy prywatne, wykpiwał
urzędnicze rojenia o państwowym monopolu na produkcję i import
samochodów, żądał zniesienia przywilejów, jakimi cieszyły się
przedsiębiorstwa państwowe, i zrównania ich statusu - w dziedzinie
praw i obowiązków - ze statusem przedsiębiorstw prywatnych,
walczył z niszczącą przemysł polityką wysokich podatków, drwił
z ministrów skarbu, dla których zyski prywatnych przedsiębiorstw
stanowiły gorszące wykroczenie przeciw zasadom sprawiedliwości
społecznej, ostrzegał kastę urzędniczą, administrację państwową,
że jeżeli posunie się zbyt daleko w niszczeniu organizmu gospodarczego,
na którym - zgodnie ze swą naturą - pasożytuje, to zginie sama,
rozwiewał złudzenia żywione niekiedy (po zamachu majowym) w
sferach rządowych, iż sowiecki eksperyment może się (w dziedzinie
podziału dóbr) przydać Polsce, sprzeciwiał się samarytanizmowi
gospodarczemu, ratowaniu za wszelką cenę przedsiębiorstw, które
nie potrafiły pomóc same sobie, sprzeciwiał się "pomocy kredytowej",
postulował, aby kredyt otrzymywał nie ten, kto potrzebuje pomocy,
ale ten, kto posiada zdolność kredytową, apelował do państwa, aby
przestało przemysł leczyć i zbawiać, aby zostawiło go w spokoju i pozwoliło mu żyć.
Andrzej Wierzbicki to była trochę inna szkoła myślenia niż Eugeniusz
Kwiatkowski. Eugeniusz Kwiatkowski widział główną dźwignię rozwoju
gospodarki w wielkich inicjatywach państwa. Andrzej Wierzbicki był zdania,
że niektóre spośród tych inicjatyw próbują wyręczać inicjatyw prywatn
ą na polach, na których ona poradziłaby sobie lepiej i taniej. Witał z
radością budowę portu w Gdyni, chwalił pomysł postawienia tam chłodni,
która przyniesie zysk rolnictwu, sprzeciwiał się jednak zamiarowi
rozwijania warsztatów państwowych w celu budowy mostów dla dróg publicznych -
nie dlatego, iżby Polsce niepotrzebne były mosty, lecz dlatego po prostu, że
Polska miała znakomity prywatny przemysł budowy mostów, o niewykorzystanych
mocach produkcyjnych i w dodatku wspaniałych tradycjach w postaci dziesiątków
olbrzymich konstrukcji, stawianych przez polskich inżynierów i techników od
Dźwiny aż do Amuru w warunkach silnej konkurencji z przemysłem hutniczym i
konstrukcyjnym przedwojennej Rosji. Andrzej Wierzbicki i Eugeniusz Kwiatkowski
współpracowali ze sobą, darzyli się szacunkiem, a dziś symbolizują dwie odrębne,
choć uzupełniające się tradycje budowania gospodarczej pomyślności II Rzeczypospolitej.
Andrzej Wierzbicki był jednym z bogatszych ludzi w Polsce, ale nie odziedziczył
żadnego majątku, wszystko zawdzięczał sobie, a gdy w przededniu II wojny
światowej czarne chmury zawisły nad Europą, nie ulokował pieniędzy w szwajcarskim
banku, tylko je stamtąd - odwrotnie - na wezwanie rządu wycofał, by po wejściu
Niemców, następnie zaś bolszewików, stracić wszystko. W sierpniu 1939 roku,
gdy wybuch wojny musiał się już wydawać nieunikniony, w poczuciu specyficznej
obywatelskiej odpowiedzialności (żeby nie ulegać panice) zabronił rodzinie i
służbie robienia jakichkolwiek zapasów; kucharka kupiła w tajemnicy kilka kilo
mąki, dzięki czemu przeżyliśmy oblężenie. We wrześniu 1939 kierował Wydziałem
Organizacji Przemysłu przy Komisariacie Cywilnym miasta Warszawy. Był członkiem
Komitetu Obywatelskiego przy Dowództwie Obrony Stolicy. Za udział w obronie
Warszawy został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Większą część okupacji, której początek wypełniły próby ratowania fabryk
zagrożonych wywózką do Niemiec i praca charytatywna w Radzie Głównej Opiekuńczej,
spędził w swym majątku Domaniowice. Dwukrotnie aresztowany przez gestapo
(14 kwietnia 1940 - 22 czerwca 1940 Pawiak, koniec 1944 roku więzienie na
Montelupich w Krakowie), dożył czasów PRL. Na początku wydawało się, że władze,
które dobrze pamiętały zasługi Andrzeja Wierzbickiego w walce o Górny Śląsk,
uwiecznione wielką mową sejmową, będą się starały przynajmniej w jakimś
minimalnym zakresie wykorzystać jego wiedz i doświadczenie w zabiegach o
restytucję gospodarki Ziem Zachodnich. W czerwcu 1945 roku wygłosił poświęcone
tej właśnie sprawie dwa odczyty na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.
Powołano go do Rady Naukowej przy ministrze ziem odzyskanych. Nie stawiano
przeszkód w objęciu skromnej posady doradcy ekonomicznego w Państwowym Monopolu
Zapałczanym. Sielanka skończyła się w 1949 roku. Andrzej Wierzbicki znalazł
się na bruku. Był bez środków do życia. Miał siedemdziesiąt dwa lata.
Od katastrofy uratowała go biegła znajomość rosyjskiego. Przez szereg lat -
współpracując głównie z Państwowym Instytutem Wydawniczym - żył z przekładów
ekonomicznych i beletrystycznych dzieł literatury rosyjskiej. Tłumaczone książki
podpisywał pseudonimem Aleksander Męczyński.
Ale nazwisko Andrzej Wierzbicki wróciło właśnie na łamy gazet i na karty książek.
Tylko w jakże szczególny sposób! W opracowaniach historycznych, w szkolnych
podręcznikach historii i nauki o Polsce i świecie współczesnym, w cyklach
propagandowych publikacji prasowych, w przemówieniach dygnitarzy partyjnych
i rządowych mówiono teraz o Andrzeju Wierzbickim jako o krwiopijcy, który
wespół z księciem Radziwiłłem oddawał Polskę na pożarcie imperialistycznym
monopolom. Premier Józef Cyrankiewicz oskarżył go publicznie o ucieczkę za
granic i udział w "rządzie londyńskim".
Raptem, jeszcze na dobrych kilka lat przed odwilżą, coś drgnęło. Oto Polski
Instytut Spraw Międzynarodowych zamówił u Andrzeja Wierzbickiego wspomnienia.
Miały nigdy nie zostać wydane.
Andrzej Wierzbicki zaczął pisać.
Gdy więc nadszedł październikowy przełom (w którym Wierzbicki pokładał wielkie
nadzieje i nawet przez pewien czas spotykał się w gronie żyjących jeszcze
kolegów z Lewiatana z zamiarem wystąpienia z inicjatywą wsparcia obiecywanej
przez władze reformy gospodarczej) i Państwowe Wydawnictwo Naukowe wpadło
na pomysł, by u Andrzeja Wierzbickiego zamówić pamiętniki, tekst był już w
sporej części gotów i na początku
1958 roku pod tytułem "Wspomnienia i dokumenty" ukazał się w księgarniach.
Książka, obejmująca okres do roku 1920, została zauważona i niezwykle ciepło
przyjęta. Któż nie pisał wtedy o Andrzeju Wierzbickim! Kisiel w "Tygodniku
Powszechnym", Paweł Hertz w "Nowej Kulturze", Stanisław Kozicki, jeden z
najbliższych współpracowników Dmowskiego, w "Za i Przeciw", w "Przeglądzie
Kulturalnym" Stefan Arski, niegdysiejszy tropiciel czarnej reakcji, który
teraz dzielił się z czytelnikami wspominkiem, jak to parę lat wcześniej, po
którymś z oszczerczych tekstów ogłoszonych w "Trybunie Ludu", Andrzej Wierzbicki
zjawił się u nich w redakcji, by sprostować te brednie, i jak ich wszystkich ujął
i oczarował fenomenalną orientacją w skomplikowanych zagadnieniach historii II
Rzeczypospolitej.
Ale festiwal fascynacji zmartwychwstałym Lewiatanem trwał równie krótko jak Październik.
Dalsza część wspomnień została odrzucona przez wydawcę. Złożoną później w Bibliotece
Instytutu Historii PAN w Warszawie, w Rynku Starego Miasta, zakwalifikowano jako
literatur antypaństwową, dostępną - za specjalnymi zezwoleniami - tylko dla tych,
którzy mogli przedstawić pisemne zaświadczenie uzasadniające naukową koniecznoś
ć zajrzenia do niebezpiecznego tekstu. Kurtyna milczenia, która skazała Andrzeja
Wierzbickiego na zapomnienie, opadła jeszcze raz.
Jesienią 1959 roku Andrzej Wierzbicki zachorował. Do wirusowego zapalenia płuc
dołączyły się niepokojące kłopoty z krążeniem. Wzięto go na obserwację do szpitala.
Tu, w klinice chorób wewnętrznych Akademii Medycznej w Warszawie przy ulicy Lindleya,
nastąpił skręt kiszek. Błyskawiczną operację przeprowadził profesor Nielubowicz.
Przez długie miesiące los chorego ważył się między życiem a śmiercią. Wczesną
wiosną 1960 roku Andrzej Wierzbicki niespodziewanie wstał z łóżka i wrócił do
swego mieszkania w Alejach Niepodległości 157. Kolejnego skrętu kiszek już
nie przeżył. Zmarł w szpitalu w Międzylesiu 11 lutego 1961 roku. Na Cmentarzu
Powązkowskim żegnała go grupka członków rodziny i przyjaciół.
Andrzej Wierzbicki łączył w sobie harmonijnie dwa oblicza: oblicze straszliwego
choleryka, furiata i oblicze człowieka promieniującego niczym nie zmąconą pogodą.
Andrzej Wierzbicki łączył równie harmonijnie dwa inne wizerunki: przesadnie
troskliwego męża, ojca i dziadka oraz tyrana, nie znoszącego sprzeciwu i
niepohamowanego w dyrygowaniu otoczeniem. Mając wyjątkową zdolność koncentracji
podczas pracy, absolutną niewrażliwość na rozmowy i hałasy, a za to - na odwrót -
oryginalne upodobanie do studiowania dokumentów i przygotowywania artykułów oraz
przemówień przy akompaniamencie rodzinnego gwaru, potrafił pod koniec obiadu
rozłożyć na obrusie swe papiery i godzinami trzymać domowników przy stole.
Nikt nie śmiał wstać. Po wybuchu gniewu, po którym roztrzęsieni domownicy
dochodzili do siebie godzinami, a żona z płaczem rzucała się ku drzwiom,
on już po chwili nie wiedział w ogóle, o co chodzi, i zdumiony dziwną atmosferą
w domu klękał przed żoną, deklamując rytualne przeprosiny. Późnym wieczorem
wybierał sobie kogoś z rodziny do towarzystwa na spacer po ogrodzie. Był
wielkim miłośnikiem kwiatów, a nie znał uczucia zmęczenia. Spacer przeciągał
się. Mijały godziny. Nikt się nie odważył nawet spojrzeć na zegarek.
Terroryzował bliskich i obcych. Sławne było wówczas w Warszawie zdarzenie z
komisarzem policji, którego Wierzbicki ujrzał wyskakującego z tramwaju.
Przed skołowanym facetem zatrzymała się nagle limuzyna, z której dobiegł
gniewny okrzyk: "Stop, stop, stop!". Komisarz musiał przysiąc, że już
nigdy nie wyskoczy z tramwaju. A kilka lat później towarzysze z celi w
więzieniu na Montelupich, prości ludzie, rzucający - zwyczajnie -
"kurwami", najpierw wysłuchali wykładu na temat patriotycznych i
estetycznych powinności wobec ojczystego języka, a potem po kolei
przysięgali, że już nigdy w życiu nie przejdzie im przez gardło żadne
wulgarne słowo. Póki Andrzej Wierzbicki siedział z nimi na Montelupich,
nie zawiedli go z całą pewnością.
Był człowiekiem o niezwykłej sile oddziaływania. Fenomenalny rozmówca,
zagadywał do ludzi na drodze i na ścieżce, dwa, trzy słowa, zawsze bezbłędnie,
z nieomylnym refleksem, z marszu.
Po II wojnie światowej, w mieszkaniu przy Alei Niepodległości, odwiedzali
państwa Wierzbickich starzy znajomi: Zofia Sokołowska, osobista sekretarka
w Lewiatanie, z przekonań komunistka, która zastrzegła sobie w umowie,
że nie będą jej zlecane do załatwiania żadne sprawy związane ze światem
pracy, a teraz co sobota przychodziła, by odegrać wspólnie z byłym szefem
nieodmienny rytuał początkowej sielanki, przemieniającej się stopniowo w
narastający grzmot straszliwej politycznej awantury, zakończonej trzaśnięciem
drzwiami i słowami: "Noga moja nie postanie już nigdy w tym domu!",
zagłuszanymi krzykiem gospodarza: "Precz, precz, precz!" (w następną
sobotę przychodziła jakby nigdy nic i wszystko zaczynało się od nowa),
Zdzisław Rauszer, dyrektor Głównego Instytutu Miar i Wag, kolega z
Instytutu Technologicznego w Petersburgu, dalej pan Jan Burzyński,
ogrodnik z Grochowa, książę Janusz Radziwiłł, kierowca pan Ignacy Sikora.
Pewnego razu zapukał do drzwi starszy pan. Przedstawił się. Był to krytyk
teatralny Jacek Frühling. Przyszedł odwiedzić Andrzeja Wierzbickiego,
żeby mu przypomnieć pewne wydarzenie sprzed dwudziestu pięciu lat.
Dostał raz prac w gazecie wydawanej przez Lewiatana. Był socjalistą
i z miejsca zaczął tam uprawiać socjalistyczną propagandę. Andrzej
Wierzbicki wylał go z tej gazety, ale przedtem zaprosił na rozmowę.
I pan Jacek Frühling przyszedł teraz do Andrzeja Wierzbickiego, żeby
mu powiedzieć, że ta rozmowa (podczas której został wylany) to było
dla niego niezapomniane, wspaniałe przeżycie. Andrzej Wierzbicki umiał czarować.
Był człowiekiem wszechstronnych i głębokich zainteresowań. Znał się
wspaniale na kwiatach, motylach, ptakach. Pochłaniał książki z dziedziny
kosmologii i teorii względności. Miał znakomitą orientację w medycynie.
Jego spotkania z lekarzami, a także pobyty w szpitalu należały do wybitnie
burzliwych. Znał na pamięć prawie całe Pismo Święte Nowego Testamentu i
studiował je do ostatnich swoich dni. Kolega szkolny i przyjaciel księdza
Władysława Korniłowicza, pierwszego kapelana i duchowego opiekuna zakładu
dla ociemniałych w Laskach, był człowiekiem prawdziwie religijnym.
Spotkała mnie - pisał 25 sierpnia 1958 roku w liście do kardynała Stefana
Wyszyńskiego, prymasa Polski - wielka radość: poczta dzisiejsza przyniosła
mi błogosławieństwo Waszej Eminencji, Księcia Kościoła, z którego rąk
błogosławieństwo przez nieprzerwany łańcuch Biskupów wprost od Zbawiciela
się wywodzi. Kornie się schylam w podzięce do stóp Waszej Eminencji,
Szafarza Łask Chrystusowych.
Przez całe życie zmagam się z porywczością, której nie mogę skutecznie
opanować i która jest cierniem w moim życiu. Ale jednocześnie Bóg mi dał
łaskę najwyższą, jaka istnieje na ziemi, nie wyrozumowaną, nie wypracowaną
, nie nakazaną sobie, lecz przyrodzoną - miłość ludzi. Odziedziczyłem to
po moich Rodzicach i nie ma w tym żadnej mojej zasługi. W każdym, kogo
spotkałem na swojej drodze, widziałem to, co było w nim najlepszego,
w każdym uszanowałem jego godność ludzką i to było tajemnicą mego
wpływu na ludzi i mego powodzenia w osiąganiu zakreślonych sobie zadań.
Miałem w kochającej się rodzinie szczęśliwe dzieciństwo, miałem wpojone
przez matkę i prefekta ks. Franciszka Krupińskiego poczucie obowiązku,
dobrane grono koleżeńskie i całą otaczającą mnie atmosferę szlachetnych
dążeń. I tak to trwa przez lata i odnawia się dzięki mej Towarzyszce
życia w moich synach i wnukach.
Niech będzie błogosławione Imię Pańskie.
Pasjonowały go problemy teologiczne. W gronie ojców jezuitów w kaplicy
przy Rakowieckiej prowadził w tej materii długie i gorące dysputy. Nie
przepuścił nawet księdzu, który w warszawskim szpitalu na Lindleya
przyszedł do niego na pięć minut wysłuchać ostatniej spowiedzi, a
wyszedł po dwóch godzinach, zbity z tropu wywodami umierającego na
temat sprzeczności w tekście Starego Testamentu.
Roznosiła go energia i żądza poznania. Oto, wywijając laską, która
odbita z furią od chodnika i poderwana gwałtownym ruchem wysoko w gór
opada błyskawicznym kolistym półobrotem, pojawia się w bramie swego
domu w Alejach Niepodległości i albo pójdzie trochę wolniej w prawo
naokoło trawnika, by stanąć przed jakimś trzmielem czy motylem gdzieś
przy mosiężnej paszczy lwa, z której z wolna wypływa strużka wody,
albo runie jak burza prosto i gdzieś w połowie drogi do oficyny twarz,
zastygła w groźnym skupieniu, rozjaśni się nagle na widok domowników
stojących w oknie i czekających z obiadem.
Andrzej Wierzbicki był fanatykiem działania i pracy. Wszystko, czego
się tknął, robił z impetem, szumem i rozmachem. Z tym samym więc impetem,
szumem i rozmachem, z którym wiosną 1945 roku w Krakowie, przewracając
do góry nogami zatłoczone mieszkanko przy Długiej, pokrywając je stertami
papierów i angażując do pomocy swą niezawodną Zofię Sokołowską
(jakby nadal był prezesem Lewiatana!), przygotowywał swe ostatnie
w życiu publicznym wystąpienia na Uniwersytecie Jagiellońskim,
dziesięć lat później zabrał się do pisania wspomnień. Był człowiekiem
czynu, uosobieniem pogody ducha, nie opuszczającej go nawet w
najgorszych czasach, i zaprzeczeniem zgorzknienia, cierpiętnictwa,
tęsknoty za utraconą pomyślnością. Ten człowiek, który stracił
wszystko, był nadal człowiekiem szczęśliwym. Obce mu było
rozpamiętywanie czasu, który przeminął, a jeszcze bardziej
obce mu było osądzanie ludzi tego czasu, wystawianie im cenzurek,
plotkowanie na temat ich życia. Był w relacji z ludźmi typem
skrajnego entuzjasty, zauważał i zapamiętywał wyłącznie ich
najlepsze strony. A jako że w dodatku wszystko, czego się tknął,
zwykł był robić z impetem, szumem i rozmachem, umyślił sobie,
że te zamówione u niego najpierw przez Polski Instytut Spraw
Międzynarodowych, potem przez PWN wspomnienia to musi być dzieło
monumentalne, udokumentowane, zasadnicze: że to mają być nie
jakieś tam wysupłane z pamięci w domu przy lampie osobiste wspominki,
tylko odtworzone na podstawie źródeł dzieje walki o polski przemysł i
walki o Polskę. Andrzej Wierzbicki założył sobie, ni mniej, ni więcej,
tylko coś takiego, żeby te jego wspomnienia stały się zarazem
podręcznikiem pewnego fragmentu historii Polski!
I tak w wieku siedemdziesięciu pięciu lat stał się badaczem.
Co dzień rano znów wychodził teraz z domu. I w bibliotece SGPiS
na Rakowieckiej bądź w bibliotece sejmowej na Wiejskiej spędzał
długie godziny, studiując diariusze sejmowe, roczniki czasopism,
dzieła historyczne i pamiętnikarskie. Wracał do domu na obiad,
ucinał sobie drzemkę i brał się do pisania. Pracował nad wspomnieniami
siedem lat. Nie ukończył dzieła. Dobrnął do roku 1931. Na kilka dni
przed śmiercią, leżąc w łóżku z nasilającymi się objawami niedrożności
jelit, dopisał jeszcze krótki, wybiegający ku ostatnim latom epilog.
Wspomnienia Andrzeja Wierzbickiego są dziełem monumentalnym. Wydany w
1958 roku przez PWN pod tytułem Wspomnienia i dokumenty tom obejmujący
lata 1877-1920 liczy osiemset stron potężnego formatu. Nieopublikowany
tom obejmujący lata 1921-1931 to niemal drugie tyle. Andrzej Wierzbicki
potraktował również ostatnie przedsięwzięcie swego życia z impetem,
szumem i rozmachem. Ale ów ekstrawagancki zamysł, by w tych
wspomnieniach zawrzeć przegląd najważniejszych dokumentów epoki,
szczegółowe dzieje batalii na polu gospodarczym i przy okazji
jeszcze zarys najistotniejszych wydarzeń politycznych, nie mógł
nie pociągnąć za sobą konsekwencji dla tej książki zgoła niebezpiecznych.
Już tom opublikowany (Wspomnienia i dokumenty) ugina się pod nawałą tabel,
zestawień liczbowych, sprawozdań z konferencji, a w dodatku od pewnego
momentu tok narracji zaczynają przerywać cytowane in extenso teksty
przemówień. W części drugiej, nieopublikowanej, tendencja do zastępowania
wątku wspomnieniowego sekwencją dokumentów jeszcze bardziej się nasila.
Staje się to momentami wręcz trudne do zniesienia. Czytelnik, który
sięgnął do tych kartek w poszukiwaniu tego, co osobiste, indywidualne,
oraz tego, co dotychczas nieznane, zmuszony był szukać owych okruchów
w morzu rzeczy znanych, opisanych, dostępnych, przynajmniej dla badaczy.
W czasach, gdy ta książka powstawała, w epoce gremialnego fałszowania
dziejów II Rzeczypospolitej, rozsadzenie toku narracji wspomnieniowej
syntetycznym wykładem niezafałszowanej historii politycznej odradzającej
się i odrodzonej Polski mogło się jeszcze wydawać uzasadnione. Dziś takiej
potrzeby już przecież nie ma.
Gdy więc otrzymałem propozycję, by przygotować do druku wspomnienia
Andrzeja Wierzbickiego, jedno było dla mnie od początku oczywiste:
to musi być skrót, skrót nie ze względu na wydawcę, którego mógłby
przestraszyć zbyt opasły tom - skrót ze względu na interes same książki,
która powinna ujrzeć światło dzienne w swym kształcie najlepszym,
najbardziej atrakcyjnym, zachęcającym do przeczytania, bez balastu
tabel, wyliczeń, mniej oryginalnych wykładów historii politycznej.
I książka, którą niniejszym oddaj w ręce Czytelników, to jest skrót.
Z części opublikowanej pod tytułem Wspomnienia i dokumenty, obejmującej
okres do 1920 roku, została mniej więcej połowa. Z części nieopublikowanej,
obejmującej lata 1921-1931, ostała się mniej więcej jedna czwarta. Ocalał,
rzecz jasna, w nietkniętej postaci cały nurt osobisto-wspomnieniowy.
Wyleciały przedruki tekstów znanych i dostępnych, cytaty z prasy fachowej,
sprawozdania z tych wydarzeń sejmowych i gabinetowych, które nie wiązały
się z działalnością Autora. A konieczność tak daleko posuniętej
(część nieopublikowana) eliminacji zbędnego balastu zrodziła z kolei
problemy kompozycyjne; tam gdzie (a zdarzyło się to w wielu miejscach)
cytaty nie to, że przytłaczały narrację, ale wręcz ją zastępowały, po
ich usunięciu ujawniły się w tekście bijące w oczy luki, narracja zaczynała się rwać. Aby
temu zapobiec, trzeba było w redagowaniu tekstu w paru ostatnich
rozdziałach posunąć się o krok dalej: uporządkować ocalony materiał,
usystematyzować, zastąpić nie dający się dłużej utrzymać układ ściśle
chronologiczny układem chronologiczno-tematycznym. Dokonałem tych
skrótów i tych kompozycyjnych przetasowań w intencji takiej, aby
wspomnienia Andrzeja Wierzbickiego uczynić dziełem atrakcyjnym.
Z tego samego powodu zdecydowałem się zrezygnować z każdorazowego
pedantycznego wykropkowywania usuniętych fragmentów i ze
szczegółowego sygnalizowania wszystkich w tekście przestawień:
gdybym postąpił inaczej, sam bym zepsuł tę książkę kakofonią
znaczków i komentarzy.
Czy książka, powstała poprzez skrócenie tekstu oryginalnego i
uporządkowanie jego poszczególnych fragmentów, nie nosi na sobie
piętna czysto subiektywnej dowolności? Czy nie można jej zarzucić,
że swój ostateczny kształt zawdzięcza gustom albo wręcz jakiemuś
widzimisię osoby trzeciej? Rzecz jasna jest właśnie tak. Istnieją
dziesiątki sposobów, na które można by skrócić i uporządkować
oryginalny tekst wspomnień Andrzeja Wierzbickiego. Inaczej by to
zrobił historyk polskiego przemysłu, inaczej historyk doktryn
ekonomicznych, jeszcze inaczej badacz historii politycznej
tamtych lat
Moja idea była taka, aby centralnym motywem, a
zarazem celem tej książki stał się po prostu portret Andrzeja
Wierzbickiego, aby wyłonił się z niej obraz człowieka, który
przyziemne starania o kondycję fabrycznego warsztatu podniósł
do rangi wielkiej sprawy narodowej, który z prozaicznych zmagań
z trybikami przemysłowej machiny uczynił romantyczną przygodę.
Ale Andrzej Wierzbicki, obciążając swe wspomnienia balastem
dokumentów, miał jednak w pewnym punkcie rację. Jeżeli przyjął
tę w sumie niefortunną koncepcję, jeżeli przy niej w dyskusjach
z wydawnictwem obstawał, uczynił to - nie ma wątpliwości - dlatego
przede wszystkim, że za najważniejsze osiągnięcie i zarazem najcenniejszy,
trwały ślad życiowego dorobku uważał swe przemówienia. Andrzej
Wierzbicki nie mylił się. Był wielkim mówcą, jednym z najznakomitszych,
zdaniem niektórych najznakomitszym, w Sejmie II Rzeczypospolitej.
Potrafił - żeby użyć słów jednego ze świadków tamtych wydarzeń -
najbardziej prozaicznymi tematami gospodarczymi fascynować słuchaczy
"jak urodzony poeta". Był znakomitym polemistą. Jego mowa sejmowa
wygłoszona 28 stycznia 1921 roku w obronie Górnego Śląska, w której
poddał druzgocącej krytyce kłamliwe tezy propagandy niemieckiej i
brytyjskiej, przyjęta owacją posłów, zrecenzowana entuzjastycznie
przez prasę wszystkich odcieni, rozplakatowana decyzją marszałka
Sejmu i przetłumaczona na wiele języków, jest arcydziełem sztuki
argumentowania. Wyżywał się w Zwischenrufach, okrzyki i złośliwości
polemistów uskrzydlały go, miał kapitalny refleks, wiedział, jak
skwitować zaczepkę, krótko, dowcipnie i skutecznie.
Ale jeżeliby pokusić się o uchwycenie najbardziej oryginalnej i
indywidualnej cechy przemówień (w szczególności sejmowych przemówień)
Andrzeja Wierzbickiego, to istota ich stylu kryje się jeszcze gdzie
indziej. Można by ją określić jako perswazyjność skondensowaną i
doprowadzoną do skrajności, jako szermierkę obracaną z premedytacją -
ku konsternacji oponentów - w dialog, jako improwizację, w której
wrogie okrzyki i zaczepki polemistów, mające zbić z tropu mówcę,
stają się - przyjmowane za dobrą monet - odskoczniami do, zdawałoby
się, najbardziej naturalnych dalszych wywodów. Andrzej Wierzbicki nie
był w Sejmie niefrasobliwym polemicznym zagończykiem. Reprezentował
interesy polskiej gospodarki. A miał przeciw sobie - taka była atmosfera
tamtych czasów, w których jeszcze żywe były slogany, a także ideały
wszelkich odmian socjalizmu - zazwyczaj znaczną część audytorium.
Nie sztuka było tych ludzi dotknąć. Jeszcze łatwiej było się na
nich po prostu obrazić. Metoda Andrzeja Wierzbickiego polegała na
tym, żeby ich pozyskać. I ten choleryk, który terroryzował otoczenie
i atakami furii przerażał najbliższych, stojąc tu naprzeciw audytorium,
którego część utopiłaby go z rozkoszą w łyżce wody, przemieniał mowę w
rozmowę z lewą stroną sali z takim niezmąconym spokojem i taką pogodą,
jakby tych wrogich okrzyków i impertynencji potrzebował bardziej niż powietrza.
Dalekie, już ostatnie echo tych wielkich krasomówczych fajerwerków
dane mi zostało usłyszeć na własne uszy w czerwcu 1945 roku w Krakowie,
gdy - a byłem wtedy uczniem IV klasy szkoły podstawowej, kierowanej
przez panią Iwiczową w gmachu YMCA przy ulicy Krowoderskiej - zaprowadzony
zostałem na odczyt, który Andrzej Wierzbicki, mój dziadek, miał wygłosić
na Uniwersytecie Jagiellońskim na temat Ziem Zachodnich. Pamiętam wielką,
zatłoczoną salę wykładową i pamiętam, jak Andrzej Wierzbicki mówił. On nie
mówił. On grzmiał. Padały jakieś groźne słowa o Polsce, która nie może by
ć pionkiem na mapie Europy, przesuwanym przez możnych tego świata. Na sali
zrobiło się straszliwie cicho. Przeszły mnie ciarki, czułem przez skórę,
że na coś się zanosi, że mój dziadek wyłamał się z jakiejś konwencji, że
szykuje się coś strasznego. A mój dziadek grzmiał coraz potężniej. Był to
grzmot antyczny, demostenesowsko-cyceroński w odmianie choleryczno-tytanicznej.
Postawa mego dziadka była monumentalna, senatorska. Mowa mego dziadka była szybka,
gwałtowna i zarazem uporządkowana we frazy. Zdanie rozpędzało się, zapędzało,
śmigało w przyspieszeniach dodatkowych, zakręcało w ozdobnikach, wtrętach,
nawiasach, po czym zwalniało, uspokajało się, osiadało. Mój dziadek miał
piękny, donośny głos i wspaniałą dykcję, toteż nawet wtedy, gdy przyspieszenia
osiągały dynamikę lawiny, słychać było dokładnie i wyraźnie każde słówko.
Tak zapamiętałem ostatnie przemówienie Andrzeja Wierzbickiego. Nigdy potem
już nie słyszałem takiej mowy.
Czyżbym więc mógł teraz wypuścić w świat wspomnienia Andrzeja Wierzbickiego
ogołocone z tego, co było największym osiągnięciem jego życia? Nie wchodzi
to w ogóle w grę. Stąd pomysł, aby kilkanaście bardziej charakterystycznych
krótkich fragmentów przemówień Andrzeja Wierzbickiego jednak ocalić w tych
wspomnieniach i pomieścić bądź w toku narracji, bądź na jej marginesie,
całą zaś książkę uzupełnić dodatkiem zawierającym pełne teksty paru ważniejszych
mów; zanim ktoś podejmie trud, by je wszystkie zebrać i wydać w oddzielnym tomie,
będzie ten dodatek absolutnie niezbędnym uzupełnieniem portretu Żywego Lewiatana.
Jest ta książka zapisem historycznych wydarzeń, rejestrem wspomnień, niekiedy bardzo
osobistych, dokumentem czasów. To są rzeczy zwykłe, naturalne, standardowe, ukazuje
się wszak mnóstwo pamiętników pisanych przez prawdziwych świadków historii.
Unikalność tej książki, jej wartość szczególna, jej znaczenie ponadczasowe kryje
się gdzie indziej. Jest ta książka bowiem również - przy okazji - wykładem, ale
wykładem poglądowym, nie akademickim, nie szkolarskim, tajników tej abrakadabry,
jaką dla nas, laików, stanowi machina żywego organizmu gospodarczego. Andrzej
Wierzbicki, który poznawał jej działanie nie na sali wykładowej i nie przy
biurku, lecz w samym oku cyklonu: przy fabrycznym warsztacie i przy pulpicie
sterowniczym organizacji prywatnych przedsiębiorców, osiągnął ten właśnie
najwyższy stopień wtajemniczenia, który pozwala najbardziej zawiłe kwestie
ujmować z klasyczną prostotą. Czym konstytucja dla kraju, tym jest system
polityki celnej, a zwłaszcza taryfa celna dla gospodarstwa narodowego.
Takich zdań się już potem nie zapomina. I jest ta książka również zbiorowym
portretem ówczesnej elity trzymającej w ręku ster spraw gospodarczych i
publicznych. I pełno w niej materiału do pouczających zestawień i porównań -
bo i dziś mamy wszak jakąś elitę. I roi się w tej książce od kwestii żywych,
wciąż aktualnych, będących nadal, i to wręcz właśnie ostatnio przedmiotem
gorących, również ideologicznych sporów.
Tytuł dzieła (podobnie jak niektóre tytuły rozdziałów i podrozdziałów),
pochodzi ode mnie. Poświęcony Andrzejowi Wierzbickiemu entuzjastyczny
felieton Kisiela ("Tygodnik Powszechny", 27 IV 1958 roku) nosił tytuł
Lewiatan żywy. Wystarczyło zmienić kolejność słów. Ale Stefan Kisielewski
się pospieszył. Andrzej Wierzbicki jeszcze się wcale nie stał Lewiatanem
żywym. Po pięćdziesięciu latach (z jedną krótką przerwą) niepamięci urzędowej
, przedłużonej następnie w przedziwny sposób na pierwsze dziesięć lat
niepodległej III RP, pozostaje wciąż postacią kompletnie nieznaną, chyba
ostatnim ze skazanych na zapomnienie wielkich historycznych bohaterów tamtych
czasów. Klątwa rzucona przez atakujące
17 września 1939 roku hordy Armii Czerwonej i jej tutejszych przyjaciół na
"jaśniepanów polskich", na "Polskę kapitalistów i obszarników", na
"burżuazję sprzedającą Polskę mocodawcom z Wall Stree", łagodzona
stopniowo wobec politycznych liderów II RP, dowódców wojska, działaczy
głównych partii, przetrwała najdłużej w stosunku do człowieka, który nie
wdawał się w międzypartyjne harce, a za pole działalności publicznej
obrał obron wartości znienawidzonych najbardziej przez entuzjastów
"przodującego ustroju".
Oddaję Czytelnikom tę książkę w nadziei, że za jej sprawą Lewiatan ożyje
naprawdę i Andrzej Wierzbicki, którego historia plasuje w szeregu takich
postaci, jak Stanisław Staszic, Franciszek Ksawery Lubecki, Andrzej
Zamoyski, Władysław Grabski, Eugeniusz Kwiatkowski, zamieszka znów w
świadomości, a więc także pamięci Polaków.
Piotr Wierzbicki
|